POZNAJMY SIĘ

Mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Zgadzam się z tym w zupełności. “Ciągali” po Polsce od małego, to co się dziwić, że teraz i ja swoje dzieci ciągnę, jak tylko nadarzy się okazja. Zamiłowanie do podróżowania odziedziczyłam po tacie, a gena przecież nie da się wydłubać.

Mój pierwszy wyjazd razem z babcią i dziadkiem oraz rodzicami nad jezioro Wigry na Suwalszczyźnie jest uwieczniony tylko na slajdach, które leżą zakurzone na strychu w domu taty. Szkoda, że nie mam ich w postaci zdjęć. Miałam wtedy może 2 lata? Niestety nic z tamtego okresu nie pamiętam. Kolejny wyjazd również z dziadkami już zapamiętałam. Miałam wtedy 5 lat i byłam w Krzeczowie nad rzeką Wartą. Z resztą do Krzeczowa jeździliśmy częściej, ponieważ dziadek był fanatykiem wędkarstwa a tam ryby “brały” 😀. Z rodzicami natomiast jeździłam na wczasy z ich zakładów pracy. W taki sposób odwiedziłam Łebę:

Ruchome wydmy w Słowińskim Parku Narodowym.

 Przy okazji wczasów w Łebie odwiedziliśmy Gdańsk.

Podczas urlopu w Pobierowie, zobaczyliśmy ruiny kościoła w Trzęsaczu.

Z kolejnego wyjazdu na Wdzydze Kiszewskie zapamiętałam tylko tyle, że użądliła mnie pszczoła tudzież osa, kiedy bujałam się w najlepsze na huśtawce. Oczywiście z huśtawki spadłam a ta uderzyła mnie w głowę. Wtedy też tato na otarcie łez i załagodzenie bólu kupił mi w kiosku Ruchu małego , pluszowego miśka. Miśka odziedziczyła później moja siostra, nazwała go Karol i ponoć jeszcze sobie gdzieś w szafie mieszka. 

Istnym szaleństwem była podróż, którą odbyłam z rodzicami do Budapesztu. Miałam wtedy 5 lat i byłam widocznie bardzo odpornym i wytrzymałym dzieckiem. W podróż udaliśmy się razem z przyjaciółmi rodziców, a środkiem lokomocji był pociąg. Z tej pierwszej , prawdziwej podróży zapamiętałam sprzedawcę słodyczy w pociągu oraz mój lęk przed wejściem do metro. Moja pięcioletnia głowa nie mogła pojąć, że pociąg może jechać pod ziemią , a wyobraźnia jeszcze bardziej pracowała, kiedy rodzice mówili, że będziemy przejeżdżać  pod rzeką. 

Ja z rodzicami- widok z Góry Gellerta

Z kolejnych wyjazdów zaczęłam zapamiętywać coraz więcej. W Warszawie byłam z rodzicami dwukrotnie, ponieważ mój tato ma w stolicy i jej okolicach  rodzinę.

Później nastały fajniejsze czasy. Kiedy na świat przyszła moja siostra, rodzice wpadli na genialny pomysł podróżowania z przyczepą kempingową. Nie wiem dlaczego, ale nie mam zbyt wielu zdjęć z tych podróży. Większość pewnie jest gdzieś ukryta przez moją siostrę 😋. Nasz pierwszy wyjazd Fiatem 125p i przyczepą Niewiadówką miał miejsce w Bieszczady. Zastanawiające jest to dlaczego nasz mózg zapamiętuje najbardziej skrajnie, emocjonalnie nacechowane wydarzenia. Podczas tych wojaży musieliśmy przejechać górskie serpentyny. No cóż jeżeli cierpicie na chorobę lokomocyjną wyobraźcie sobie co czułam. Od tamtej pory aviomarin ( nie jest to reklama ) jest moim nieodłącznym przyjacielem.

Ruiny w Podzamczu.

 Kolejny wyjazd z przyczepą-kierunek Mazury. Z Częstochowy jechaliśmy w stronę Mikołajek przez Kazimierz Dolny, Lublin, Podlasie.

Ostatnią naszą podróżą z “niewiadówką” był wyjazd w Bory Tucholskie, oczywiście również okrężną drogą.  Później wczasy z rodzicami zastąpiły młodzieżowe obozy, lub szkolne wycieczki, w których zawsze  z wielką ochotą brałam udział. Wtedy zwiedziałam wtedy między innymi Wiedeń i Pragę. Dla kogoś , kto wychowywał się w czasach komunistycznych, ten wie, że takie wyjazdy nie były łatwe do zorganizowania. Ja co prawda młodzieżą byłam już w latach 90-tych i powoli Europa stawała się dla nas, Polaków coraz bardziej dostępna, jednak procedura przekroczenia granicy była dosyć żmudna.

1993 rok-Wiedeń

Śluza Guzianka-Ruciane Nida, 1993 rok:

Szkolna wycieczka do Pragi ( przepraszam dziewczyny za zamazanie Wam twarzy 😆 )-1994 rok.

Ostatnie wczasy z rodzicami-Kotlina Kłodzka. Zdjęcie zrobione w Polanicy Zdrój-1994 rok.

Oczywiście to nie wszystkie wyjazdy, w których brałam udział przed wkroczeniem w dorosłe życie. Nie ze wszystkich mam też zdjęcia. Czasy mojego wczesnego podróżowania to epoka błon fotograficznych-powtórek nie było. Dlatego też nie wszystkie zdjęcia, które posiadam nadają się do publikacji 😉 . Mam nadzieję, że kiedyś moje dzieci będą wspominać z takim samym sentymentem nasze podróże , jak ja wspominam swoje z moimi rodzicami. 

W 2012 roku pierwszy raz odwiedziłam Holandię i padłam ofiarą uroku starych wiatraków. Rzuciły na mnie klątwę od której nie potrafię się uwolnić. A tak na poważnie dlaczego wiatraki stały się motywem przewodnim moich podróży zapraszam na stronę : Dlaczego wiatraki?

Zapraszam Was serdecznie na mojego Instagrama oraz Facebooka